Pokazywanie postów oznaczonych etykietą własne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą własne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 grudnia 2016

O propagacji czytelnictwa

Jadę sobie autobusem, niedaleko siedzi facet z dwójką dzieci płci męskiej. Starsze dziecko płci męskiej przykleiło się do szyby i głośno czyta współpasażerom nazwy sklepów i biur, które przesuwają się za oknem (a jest ich dużo i przesuwają się powoli, bo jedziemy przez Mordor, królestwo korków i korporacji). Dziecko ewidentnie umiejętność czytania nabyło stosunkowo niedawno i odczuwa nieodpartą potrzebę, by się nią pochwalić. Gdy zajęcie przestaje być interesujące, wdaje się w rozmowę z młodszym bratem.
Starszy: Musisz się nauczyć czytać.
Młodszy: Nie.
Starszy: Ale żeby czytać komiksy! I książki też!
Młodszy: Nie.
Starszy: No ale musisz. Co będziesz robił dla zabawy, jak już będziesz dorosły?

Tu wklejcie sobie serduszko, bo ja emotek nie będę. Nie lubię dzieci, ale i tak sobie wklejcie.

środa, 20 kwietnia 2016

Wielkopańskie zmanierowanie

Umówiłam się z dziewczyną, która sprząta u mnie w pracy, że przyjdzie też posprzątać do naszego mieszkania. Posiadanie "kogoś do sprzątania" zawsze kojarzyło mi się z jakimś takim wielkopańskim zmanierowaniem, ale przecież ludziom się to zdarza - nawet, jak nie są zajebiście bogaci i nie mają pałacy. A ja nienawidzę sprzątać, wolę wydać tę stówę czy dwie raz na dwa tygodnie i zapomnieć, że w ogóle istnieje coś takiego jak odkurzanie. No i fajnie.

Na sprzątanie umówiłyśmy się z S. z dwutygodniowym wyprzedzeniem – bo tak ją akurat złapałam w szkole, po drodze były święta i chyba jeszcze do tego podświadomie chciałam moment jej przyjścia odsunąć od siebie jak najdalej. W każdym razie te dwa tygodnie między ustaleniem terminu a przyjściem S. były dla mnie bardzo wymyślną psychologiczną torturą. Bo okazuje się, że takie sprzątanie może się wiązać z okropnym stresem, szczególnie, jak się jest mną, w której to sytuacji bardzo dużo rzeczy wiąże się z okropnym stresem.

Tydzień przed zaczęliśmy z K. obmyślać sprzątanie wstępne. Co się robi, jak ktoś przychodzi posprzątać? Zostawia się wszystko jak jest, brudne gacie na podłodze, talerze w zlewie, stos papierów na biurku? Doprowadza się mieszkanie do względnego porządku, brudne gacie chociaż do kosza z innymi brudami? A może jeszcze warto porządnie odkurzyć dywan i wyszorować wannę, bo w końcu wstyd, że u nas taki syf? Ale ja przecież nie po to kogoś proszę, żeby u mnie posprzątał, żeby samodzielnie tę cholerną wannę szorować – no błędne koło. Tak samo się zresztą czuję idąc do kosmetyczki na wosk – czy ona kiedy widziała takie kudły na łydkach? No niby wiem, że widziała, gorsze rzeczy na pewno widziała. S. też bankowo z niejednym miała do czynienia, nasz syf, psie kłaki i zacieki na płytkach to na pewno nic w porównaniu do czegoś, co ktoś gdzieś ma. To, że jesteśmy dorośli i mamy w domu od diabła zabawek, o innych przedziwnych obiektach nie wspominając, to też w zasadzie nasz i tylko nasz interes. No ale...

Od tamtego czasu S. była u nas dwa razy i wszyscy to jakoś przeżyli. Przy pierwszej wizycie co prawda załamała ręce i spędziła u nas ładnych parę godzin, ale cóż – taka w końcu jej praca, stawka też zresztą była adekwatnie większa. My w tym czasie taktownie usunęliśmy się na lunch i jedno piwo – czasu dużo, więc "jednych piw" też. Nie wiem co S. sobie teraz o mnie myśli, skoro w środku dnia w piątek wracam do domu nawalona, no ale w końcu to był stres, a ze stresem trzeba sobie jakoś radzić. I jak by nie było, mimo przeżytych mąk przyznaję – miło się wraca do pachnącego mieszkania i przegląda w nieusyfionym lustrze. Tym milej, że zapachem mieszkania ani stanem lustra nie muszę się sama martwić.

piątek, 25 marca 2016

Z Suką na mieście

Bardzo lubię wychodzić z Suką - i to nie tylko do naszego parku pod blokiem, ale wszędzie - do knajpy, do znajomych. Z Psem też, ale Suka jest jednak bardziej moja, a Pies bardziej K. - więc jak wychodzimy bez K. to nie podejmuję się dalszej wycieczki z dwoma zwierzami, biorąc pod uwagę ograniczoną liczbę posiadanych rąk.

Dzięki takim wypadom spędzamy więcej czasu razem, a Suka zdobywa nowe doświadczenia, coraz mniej rzeczy ją straszy, no i zalicza długi spacer - bo jak już gdzieś wychodzimy to zawsze staram się zrobić przy okazji jak najwięcej kilometrów. Oczywiście przed zabraniem Suki w nowe miejsce zawsze robię najpierw rozeznanie - czy tu można, czy nikt nie dostanie zawału, czy nie będzie kota, którego można upolować (bo Suka niestety ma takie tendencje, szczęśliwie przeciętny kot jest od Suki szybszy i sprytniejszy). Stopniowo rośnie nasza osobista lista warszawskich miejsc, gdzie Sukę nie tylko wpuszczają i częstują wodą, ale nawet już poznają i lubią, nieraz czymś poczęstują i dadzą kocyk.

Mam świadomość, że zabierając gdzieś zwierza jestem za zwierza odpowiedzialna - szczególnie, kiedy zwierz jest, jak Suka, odrobinę większego kalibru i potrafi szczekać basowo, tak, że staruszki nieraz łapią się przerażone za serce. I dlatego tym bardziej irytują mnie zachowania nieodpowiedzialnych przechodniów. Listy takich zachowań na pewno są w internetach w pięciuset sześćdziesięciu pięciu egzemplarzach, ale co tam, napiszę po raz pięćset sześćdziesiąty szósty, na bazie własnych doświadczeń.

Do cholery doprowadzają mnie sytuacje gdy:

1. Miła starsza pani podchodzi do Suki i zaczyna ją głaskać, przemawiać i całować, po czym zwraca się do mnie z pytaniem, czy Suka nie gryzie. Nie, nie gryzie, gdyby gryzła to miła starsza pani już nie miałaby okazji zadać tego pytania. Gratuluję żelaznej logiki.

2. Nieodpowiedzialne matki bez konsultacji ze mną nakłaniają swoje kilkuletnie dzieci, by za Suką biegły, wkładały jej palce w oczy i zamęczały, bo "zobacz jaki ładny piesek." Czasami wtedy żałuję, że Suka lubi dzieci i ma do nich dużo cierpliwości. Mogły mieć mniej szczęścia.

3. Obcy ludzie na drugim końcu ulicy wołają Sukę, która jest na smyczy i idzie w zupełnie innym kierunku. Chyba nie muszę tłumaczyć czemu.

4. Ktoś oburza się w komunikacji miejskiej, że Suka nie ma kagańca - zamiast jednak poinformować o tym mnie, zaczyna bardzo głośno komentować sytuację, teoretycznie adresując swoje słowa do kolegi/koleżanki/męża/żony/kochanki z którą właśnie jedzie. Tak, mam kaganiec przy sobie. Nie, nie zakładam sama z siebie. Tak, wiem jakie są zasady i na prośbę współpasażera założę bez kręcenia nosem - ale na prośbę skierowaną do mnie, a nie w powietrze.

Proszę, nie róbcie tego. Dziękujemy wraz z Suką i Psem.

czwartek, 24 marca 2016

Odgrzewanie kotleta

Dzięki fejsbukowym wspomnieniom dowiedziałam się, że dokładnie sześć lat temu opublikowałam na swoim starym blogu dzieło literackie. Po przeczytaniu owego dzieła na nowo stwierdziłam, że dwudziestojednoletnia ja śmieszę dwudziestosiedmioletnią mnie - czyli albo naprawdę byłam wtedy zabawna, albo moje poczucie humoru nic a nic nie ewoluowało. W każdym razie, trochę w akcie samozachwytu, a trochę zaspokajając moją manię układania wszystkiego na miejsca i porządkowania starych śmieci, postanowiłam tamten tekst, po drobnych poprawkach, przekleić tutaj. Zresztą tutaj i tak się ostatnio nic nowego nie pojawia, to może w ten sposób trochę oszukam, że niby coś spłodziłam.

A w ogóle to czytałam ten tekst idąc sobie przejściem podziemnym w Centrum, gdzie to, zapatrzona w telefon, malowniczo się wywaliłam. Mając do wyboru ratować telefon albo butelkę wina w reklamówce z zakupami, wybrałam telefon - i stłukłam wino. Wróciłam do domu lepiąc się i śmierdząc jak stary żul, a wina było mi żal tym bardziej, że miało na etykiecie ośmiornicę (dlatego je zresztą kupiłam - no i jeszcze dlatego, że było tanie). Więc jeśli ktoś mi powie, że nic nie wiem o poświęceniu dla sztuki to mogę rzucić mu zbolałe, choć pełne wyższości spojrzenie - albo po prostu powiedzieć, że jest głupi i dać w mordę.

bestsellerowa powieść w stylu Whartona, Kinga i Browna
a w zasadzie szkic bestsellerowej powieści, którą kiedyś na pewno napiszę.

Zenon obudził się tego ranka z wszechogarniającym poczuciem bezsensu. Laury nie było, a on został sam w ich wspólnej sypialni w ich wspólnym mieszkaniu na ich wspólnej barce na malowniczej rzece na malowniczym francuskim zadupiu i mógł tylko rozmyślać o tym, co bezpowrotnie utracił, oddawać się swoim rozważaniom na temat sensu życia i być niespełnionym artystą malarzem, czyli robić jedyną rzecz, w której się w życiu naprawdę spełnił. Laura powiedziała mu, że wychodzi tylko do kiosku po gazetę, ale on wiedział, że to koniec ich małżeństwa i że ona nigdy już nie wróci.
Wstał z łóżka, założył swoje różowe papucie i rozejrzał się dokoła, z bólem stwierdzając po raz kolejny, że wszystko w pokoju przypomina mu o jego wieloletnim małżeństwie, które właśnie legło w gruzach. (...)*
kiedy uporał się już ze wszystkimi porannymi czynnościami, które normalnie mogły być przecież tak pełne radości i nadziei na wspaniały, pełen niespodzianek dzień, a teraz przynosiły mu wyłącznie ból i tęsknotę za obecnością Laury, udał się do swojej pracowni, by tam, kontemplując wszystkie nieszczęścia, jakie go w życiu spotkały, oddać się malowaniu swojego czterdziestego ósmego autoportretu. Nie mógł wiedzieć, że nigdy nie będzie mu dane go dokończyć...
zamoczył pędzel w farbie i już, już miał nim musnąć płótno, oddając na nim w bardzo realistyczny sposób utworzoną przez ból, cierpienie i głębokie myśli zmarszczkę na swoim czole, kiedy usłyszał, że ktoś dzwoni do drzwi jego barki. okazało się, że była to harcerka sprzedająca ciasteczka, a on, choć to zupełnie nie w jego stylu, w otchłani swojego bólu i cierpienia postanowił się z nią przespać.
Jak postanowił tak zrobił i już, już zamierzał się dalej spełniać się w roli niespełnionego artysty malarza, gdy ciszę w jego pracowni przeciął niczym bardzo ostry nóż (zadający wiele bólu i cierpienia, które skłaniają do głębokich rozmyślań nad sensem życia i celem bólu i cierpienia) kolejny dzwonek do drzwi. Tym razem była to sympatyczna staruszka z sąsiedztwa, która robiła właśnie ciasto na przyjazd swoich wnucząt i odkryła, że skończył jej się cukier. Zenon, choć to zupełnie nie w jego stylu, w otchłani swojego bólu i cierpienia postanowił się z nią przespać. Przespali się więc, paląc jednocześnie bardzo cienkie papierosy w bardzo długich fifkach a potem ona umarła, bo była strasznie stara.
Jej śmierć posłużyła Zenoniwi za powód do jeszcze czarniejszej rozpaczy i jeszcze głębszych rozmyślań nad sensem egzystencji, tak jak i do nieco mniej głębokich rozmyślań nad tym, co zrobić ze zwłokami. Jak na prawdziwego niespełnionego artystę przystało, najpierw Zenon zastanawiał się nad użyciem ich w swoim pełnym symbolizmu kolażu, ale w końcu z pomysłu zrezygnował i nakarmił zwłokami krwiożercze kaczki, które hodował na poddaszu.
Po wykonanej pracy udał się do łazienki, by umyć ręce, i tam zauważył nagle straszliwą rzecz: z umywalki wystawała czyjaś stopa, sterta desek i oko na szypułce, które z wielkim znawstwem oglądało wiszące na ścianie czterdzieści siedem autoportretów Zenona. Zenona sparaliżował strach, ale zaraz przypomniało mu się, że powinien naprawić dach w salonie i poszedł do sklepu kupić gwoździe.
W sklepie była straszna kolejka, w której stał przez piętnaście lat, kontemplując ból swojej egzystencji. Poznał tam też Anzelma który był wampirem, co nie ma żadnego znaczenia dla tej historii, i, choć to zupełnie nie w stylu Zenona, w otchłani swojego bólu i cierpienia postanowił się z nim przespać. Przysporzyło mu to kolejnego dylematu moralnego, bo został gejem i nie wiedział jak o tym powiedzieć dziesięciorgu dorosłych dzieci swoich i Laury, które najprawdopodobniej wcale nie były jego, ale i tak nie wiedział jak im o tym powiedzieć.
W końcu Zenon wrócił do swojej barki razem z gwoździami, za które zapłacił trzy franki i ekspedientka wydała mu czterdzieści siedem franków z pięćdziesięciofrankowego banknotu, by zastać tam piękną i nieustraszoną panią inspektor, która odwiedziła go by zbadać tajemniczą sprawę stopy, sterty desek i oka na szypułce, które wystawały z umywalki. Po krótkiej inspekcji i przespaniu się z Zenonem piękna i nieustraszona pani inspektor odkryła, że barka Zenona i Laury ma długą i mroczną historię, należała bowiem do zakonu Templariuszy, a wcześniej służyła za dom publiczny w czasach kamienia łupanego. Okazało się też, że w schowku na miotły stoją pokryte pismem runicznym starożytne kalosze faraonów.
Piękna i nieustraszona pani inspektor zadzwoniła do bardzo znanego historyka, który natychmiast przybył na barkę, by odczytać starożytne runy, wcześniej jednak przespał się z piękną i nieustraszoną panią inspektor i Zenonowi zrobiło się przykro, że bardzo znany historyk woli przespać się z piękną i nieustraszoną panią inspektor niż z nim.
Po przespaniu się z piękną i nieustraszoną panią inspektor bardzo znany historyk wziął się za mozolne odczytywanie tajemniczych run, by w końcu dojść do wniosku, że kryją one tajemnicę sensu życia i celu bólu i cierpienia i właśnie miał zdradzić jak brzmi owa tajemnica, gdy nagle z wody wynurzył się zombie Elvis, przespał się z Zenonem, po czym zamordował brutalnie całą trójkę i zatopił barkę wraz z tajemnicą sensu życia i celu bólu i cierpienia, poznanie której nigdy już nie będzie dane zwykłym śmiertelnikom.

*w miejscu '(...)' znajdował się oryginalnie trzydziestostronnicowy opis emocji i rozmyśleń bohatera, przerywany okazjonalnie malowniczym opisem otwierania lodówki celem zrobienia śniadania, kontemplacją sękatych desek na suficie i krótką odą do fałdy na dywanie w toalecie, której bohater przyglądał się z wielką uwagą podczas robienia kupy.

sobota, 30 stycznia 2016

I co teraz?

Chciałam napisać jakieś podsumowanie roku 2015, ale o ile 2014 był rokiem zmian, o tyle w 2015 nic nowego się nie wydarzyło i wszystko, o czym opowiadałam podsumowując 2014 jest nadal aktualne, z tym, że już dawno przestało być nowością.

Święta i Sylwestra spędziliśmy z K. w Stanach, ale chociaż było fantastycznie, to na temat samego wyjazdu też nie będę się rozpisywać. Napiszę tylko tyle, że każdy tam wydawał się wyluzowany i zachował tak, jakby był panem swojego czasu. Ja wiem, że to pewnie w dużej mierze złudzenie, zawsze tak się wydaje, kiedy widzi się ludzi tylko i wyłącznie w ich czasie wolnym. Ale fakt faktem, nie każdy zapieprza te dwanaście godzin z hakiem dziennie. I wróciłam stamtąd jakaś taka nabuntowana na pracę, że ja mam dość, że za dużo na siebie wzięłam, że od przyszłego roku chcę to zmienić i po prostu mieć czas na zupełnie prozaiczne sprawy - dłuższy spacer z psami w tygodniu czy haftowanie przed telewizorem. No i na rozwój osobisty, bo teraz jestem jak robot z klapkami na oczach, który tylko goni, żeby się ze wszystkim wyrobić i nie ma w tym miejsca na żadną refleksję.

Ja tak naprawdę ciągnę dwie prace - niby w obu uczę, ale nauczanie dzieci i dorosłych to tak skrajnie różne sprawy, że jedno w drugim absolutnie nie pomaga, jestem za to na dobrej drodze do rozdwojenia jaźni.

Patrzę na K., który uczy tylko dorosłych i mu zazdroszczę - o tyle mniej papierologii, przygotowywania, wycinania, a przede wszystkim brak roszczeniowych rodziców i ich maili, od których moja skrzynka wiecznie pęka w szwach (a jeden pilniejszy od drugiego). No i mniejsze zaangażowanie emocjonalne. Chciałabym pracy, która jest tylko pracą, po której wracam do domu i mogę mieć to wszystko gdzieś, nie przejmować się, że któryś nie zaliczy egzaminu albo że muszę się użerać z głupim gówniarzem, który robi mi łaskę że w ogóle otwiera na zajęciach książkę. Przecież ja nawet nie lubię dzieci, wracając do uczenia dwa lata temu zarzekałam się, że tylko i wyłącznie dorośli. Wyszło jak wyszło i nie powiem, ma to swoje uroki, ale czy naprawdę warto tak utrudniać sobie życie, kiedy są prostsze i mniej obciążające sposoby na zarabianie pieniędzy? I tak w mojej głowie dojrzała decyzja - od następnego roku szkolnego zostawiam dzieci i skupiam się tylko na dorosłych.

Wczoraj spotkałam się z moją "dzieciową" szefową z okazji końca semestru - bo mamy teraz w szkole co pół roku ewaluacje, takie fajne korporacyjne naleciałości. No nic, lubię moją szefową. Sama ewaluacja trwała w sumie może z piętnaście minut, ale spędziłam tam ponad dwie godziny, rozmawiając o podróżach, uczniach, problemach i metodyce. Było miło, taka rozmowa można powiedzieć, że od serca, mimo tej całej korpoewaluacji. W każdym razie wyszło na to, że jestem całkiem zajebista i dostałam podwyżkę i awans, chociaż planowo jedno i drugie powinno mi się należeć dopiero za pół roku. I zamiast się cieszyć wyszłam stamtąd z mętlikiem w głowie. Miło być docenianą, być częścią jakiejś większej całości i mieć świadomość, że ktoś się liczy z twoim zdaniem. A co z moimi planami i z tym, że dzieci to już nigdy więcej? Szkoda mi to wszystko ot tak wyrzucić do kosza. Ta cała sytuacja wjechała mi na ambicje, żeby ciągnąć ten wózek dalej i celować wyżej, bo jestem dobra w tym co robię - a już sobie przecież powiedziałam, że ambicja ambicją, ale trzeba mieć też czas na to tak zwane życie i może czasem jednak warto pójść na łatwiznę. No i co dalej? Mam całe pół roku, żeby jeszcze dwadzieścia razy zmienić zdanie i emocjonalny (bardzo emocjonalny) stosunek do "moich" dzieci, od absolutnego uwielbienia do słabo krytej nienawiści. Zobaczymy.

P.S. A w szafie w szkolnej kanciapie odkopałam jakieś świąteczne kartkówki z zastępstwa. Z "Three Wise Men" dzieci zrobiły mi "Three Wild Men", "Three White Men" i "Three Wine Men." I tego by mi właśnie najbardziej brakowało, bo dorośli owszem, też robią zabawne błędy, ale ich kreatywność nie dorasta do dziecięcych pięt.

niedziela, 29 listopada 2015

Potrzeba matką

K. od roku z hakiem dzielnie uczy się polskiego. Przy mnie bardzo niechętnie prezentuje swoje umiejętności, ale wiem, że potrafi załatwić pewne podstawowe rzeczy, coraz więcej też wyłapuje z moich rozmów. Wczoraj pochwalił mi się dialogiem odbytym kilka dni temu w "naszym" parku. Jakaś kobieta pytała o przyklasztorny ogród, oddzielony od parku murem - chciała wejść i pozwiedzać, ale K. wyjaśnił jej, że to teren należący do zakonnic i osób postronnych nie wpuszczają. Zaskoczona, skąd K. może znać słowo "zakonnica", o innych kwestiach już nie wspominając, zapytałam jak rzecz zakomunikował.
"Wszystko dla pingwiny" - odbrzekł K., bardzo z siebie zadowolony.

piątek, 23 października 2015

Żywiec niegazowany raz

Skończyła mi się woda na zajęciach, więc w przerwie lecę do sklepu - bez wody będę charchać i rzęzić, a potem na bank siądzie mi gardło. Wchodzę do osiedlowego spożywczaka, proszę o dużego Żywca niegazowanego.
- Jakiego? - pyta Pani Ekspedientka.
Trochę się dziwię, ale powtarzam jeszcze raz, głośno i wyraźnie:
- Dużego, niegazowanego.
- Nie ma.
- Ale tam stoi - odpowiadam, wskazując za ladę.
- Niegazowanego nie ma.
- Przecież widzę, że jest.
- No jak jest?
- Tamtą butelkę poproszę - wskazuję znowu.
- A! No to mogła mówić, że chce wodę, ja sobie myślę, gdzie jej tam piwo niegazowane...

No tak.

Ale tak poza tym to wczoraj był całkiem chujowy dzień.

niedziela, 18 października 2015

Sztuka bycia tu i teraz

Radzenie sobie ze stresem, które kiedyś szło mi całkiem nieźle, zupełnie się posypało. Niby z wiekiem i doświadczeniem powinnam obrastać w grubą skórę, a dzieje się jakby coś zupełnie odwrotnego. Coraz częściej byle głupota wyprowadza mnie z równowagi, od razu trzęsą mi się ręce, nie mogę spać w nocy, boli klatka piersiowa. Zdarzją się ataki paniki, nagle wydaje mi się, że zaraz umrę, że nie mogę oddychać - chociaż przecież oddycham normalnie, tylko jestem wtedy tego oddechu bardziej świadoma. Te ataki paniki, wywołane długotrwałym stresem, stresują mnie jeszcze bardziej. Myślę sobie - nie możesz się stresować, bo to znowu wróci, a to za każdym razem jest irracjonalne i tak samo przerażające. W rezultacie boję się strachu - błędne koło.

Stwierdziłam, że opcje są dwie. Albo odpuścić, wyluzować, robić mniej, więcej odpoczywać - albo iść w zaparte, ale postarać się coś zrobić ze swoją głową, żeby tego stresu było mniej. Pierwsza opcja, szczególnie po tym, jak się ją wyrazi na piśmie, brzmi sensownie, ale to tylko złudzenie. Ja już z doświadczenia wiem, że pracy może być mało, ale stres i tak będzie taki sam. Problemem jestem ja, a nie moja praca i niedoczas - ten stres siedzi w mojej głowie.

Nie umiem żyć chwilą, Zawsze planuję i wybiegam myślami naprzód, z tym, że to nie jest ten zdrowy rodzaj planowania, bo ja się tylko zamartwiam, a nic konkretnego z tego nie wynika. W weekend myślę już o nadchodzącym tygodniu i nawale roboty, rano o wszystkich lekcjach, jakie mnie tego dnia czekają, o całej logistyce dojazdów i o tym, czy w tym biegu zdążę zrobić przynajmniej to, co absolutnie koniecznie muszę tego dnia zrobić. Tak się nie da, nic wtedy nie cieszy, wszystko przeraża i dobija, zwala się na człowieka w taki sposób, że ten nie jest w stanie nawet ruszyć palcem. Dlatego uczę się mówić do siebie: "Jedziesz właśnie autobusem. Czytasz książkę. Odpoczywasz. Masz pół godziny. Jak dotrzesz na miejsce musisz zrobić cały szereg rzeczy, ale ciebie tu i teraz to nie dotyczy. Jesteś w autobusie i co to komu da, że podenerwujesz się na konto tego, co będzie za pół godziny?"

Albo: "Masz teraz jedne zajęcia. Po nich mogą sobie być kolejne i jeszcze kolejne, ale teraz są jedne i się na nich skup. Wszystkiego na raz i tak nie ogarniesz, więc tnij to, co masz do zrobienia na małe kawałki i skupiaj się tylko na tym, co cię w danej chwili dotyczy. Cokolwiek robisz, rób to dobrze i dawaj z siebie sto procent zamiast odbiegać myślami do kolejnych pozycji z listy. Nawet, jeśli tym czymś jest picie piwa i oglądanie kreskówek - rób to dobrze, czyli bezmyślnie i bezstresowo, bo takie momenty też są potrzebne. A jeśli wiesz, że czeka cię coś nieprzyjemnego, myśl o tym tak, jak w podstawówce myślałaś o wizycie u dentysty - pomęczysz się pół godziny, godzinę, ile będzie trzeba, ale potem to się skończy i pójdziesz się zamknąć w swojej skorupie i mieć święty spokój, trochę taka jakby nawet zadowolona, że dentysta minął, a ty nadal żyjesz i chodzisz i oddychasz i w ogóle, że świat nie runął bo ty musiałaś siedzieć przez czterdzieści minut na tym okropnym fotelu.

Ostatni poniedziałek był morderczy - plan zajęć wypełniony w stu procentach, do tego hospistcja i dwa zebrania z rodzicami. W niedzielę wieczór trochę z tego powodu pocierpiałam, ale jak już przyszło co do czego to przez większość czasu udawało mi się skupiać tylko na najbliższej godzinie i na tym, by to co robię robić dobrze i z zaangażowaniem.  I co? I żyję, i nawet mam dobry nastrój. I ataku paniki też już w sumie dawno nie miałam.

niedziela, 4 października 2015

Interakcje spowodowane pewną czapką

Prawie pięć lat temu kupiłam sobie w Liverpoolu wełnianą czapkę z paszczą szopa. Lubiłam ją strasznie i nosiłam z dumą, podważając mój wizerunek jako osoby poważnej i dojrzałej, o ile w ogóle kiedykolwiek taki miałam. Pod koniec sezonu suka stwierdziła, że przyda mi się dodatkowa wentylacja i nienaprawialnie wyjadła mi w czapce malowniczą dziurę. Zrobiło mi się przykro, bo ja lubię moje dziwne nakrycia głowy, a to jeszcze pamiątka ze świetnego wyjazdu - ale co zrobić, sukę kocham mimo wszystko bardziej niż czapkę, trzeba było przeboleć. K. obiecał, że znajdzie mi nową (powtarzam: czapkę, nie sukę) i obietnicę spełnił, chociaż w najgorszym możliwym momencie. Pod koniec maja dostałam wspaniałą, żółtą czapkę z głową Jake'a z Adventure Time (dla niezorientowanych: Jake to taki pies, Adventure Time to taka kreskówka której twórcy biorą najpewniej jakieś interesujące narkotyki w ilościach dużych). Z uwagi na nadchodzące wtedy lato, po licznych zachwytach czapka wylądowała głęboko w szafie wraz z innymi zimowymi rzeczami. Teraz, skoro lato już minęło i wieczorami marzną uszy, wyciągnęłam Jake'a z szafy i poszłam w nim na miasto. Oto, co się wydarzyło:

Interakcja pierwsza
Jak tylko wyszłam z bloku, grupka ludzi, ewidentnie albo kierująca się na imprezę, albo już z jakiejś wracająca, zaczęła coś do mnie wykrzykiwać i pokazywać palcami moją głowę. Nie wiem co wykrzykiwali, miałam słuchawki - ale chyba nic złego, biorąc pod uwagę, że wydawali się dość mili. Oduśmiechnęłam się i sobie poszłam.

To nie interakcja, ale też napiszę
Siedząc w tramwaju i mijając Kruczą gapiłam się w okno - bo to taka trasa, że na książkę za mało czasu, a na kompletnie bezczynne siedzenie za dużo. Tak więc oglądam widoki, które znam na pamięć, i nagle ukazuje mi się Dom Braci Jabłkowskich obstawiony rusztowaniem. Malują nowy mural - z czym? Z Adventure Time. Ja ciąglę płaczę po tym wcześniejszym muralu, który był tam przez parę lat - takim z ludźmi w oknach, który niczego nie reklamował. No ale cóż... Potem sto razy zamalowywali go reklamami butów, lodów na patyku i innych mało interesujących rzeczy. A tu masz - Adventure Time i to właśnie w dniu, kiedy pokazuję się po raz pierwszy w mojej nowej czapce. Z wrażenia aż wysiadłam z tramwaju i pobiegłam zrobić zdjęcie.

Interakcja druga
Idę sobie przez Pasaż Wiecha, ktoś mnie łapie za ramię. Odwracam się, obok mnie stoi Głuchy i coś miga. Migania nie rozumiem, ale pokazuje na moją czapkę, podnosi kciuk, potem ściska moją dłoń i idzie w swoją stronę. Trochę nie wiem co się dzieje, ale jest miło.

Interakcja trzecia
Docieram na miejsce spotkania z O. i J. Jest tam też inna O., a wraz z nią siedmioletni potomek. "Jake!" - krzyczy potomek jak tylko przechodzę przez drzwi. Witam się i pokazuję potomkowi jeszcze zdjęcie muralu i moją obudowę na telefon.

Interakcja czwarta
W podziemiach przy Centralnym krzyczy do mnie jakiś facet - niekoniecznie młody, niekoniecznie trzeźwy.
- Proszę pani, zapomniałem, jak się ten pies nazywa?
Odpowiadam zgodnie z prawdą.
- A no właśnie, a ten chłopiec to Finn czy jakoś tak...

Interakcja piąta
Miejsce akcji to samo co poprzednio - tym razem przechodzi matka z synkiem.
- Mamo, zobacz jaka fajna czapka!
- No fajna. To co, rabujemy panią?

I chyba coś jeszcze było, a wszystko to w ciągu mniej niż sześciu godzin. Czekam z niecierpliwością i odrobiną strachu na dalszy rozwój sytuacji, bo ze względu na pogodę coraz częściej będę teraz chodzić w dżejkoczapce.

czwartek, 24 września 2015

Marketing miłości

Na przystanku, gdzie codziennie czekam na autobus, powiesili reklamę Deichmanna. "Kocham buty" - głosi reklama. Głupi slogan jakich wiele, ale spędzam na tyle dużo czasu gapiąc się na niego, że do głowy przychodzą mi rozmaite refleksje.

Jak można kochać buty? Rozumiem, kochać stare, znoszne buty, które swoje przewędrowały, ze stopami właściciela w środku. Kochać jedne, konkretne buty - do głowy przychodzi mi jakiś obieżyświat, z ciężkim plecakiem, kosturem i w starych traperach. Kochać takie buty - rozumiem. Ale buty ogólnie? Podobno kobiety tak mają, kochają buty - buty w ogóle.  Ja niby też jestem kobietą, a nie pojmuję. Kochają ideę buta? Cieszą się, że nie mamy jak hobbici? I, jeśli faktycznie można kochać buty, to czy można się posunąć dalej i kochać na przykład spodnie? Czy kiedyś zobaczę reklamę bielizny z wielkim napisem "kocham majtki"? To by przynajmniej było zabawne i o wiele bardziej ciekawe niż standardoowe reklamy bielizny. A może miłość rezerwuje się dla butów i torebek (bo one tak podobno w parze, czy raczej w trójkącie może), dyskryminując majtki?

Kocham skarpety. Kocham majtki. Kocham onuce i kalesony. Wszystko kurwa kocham, tylko ludzi nie lubię.

czwartek, 10 września 2015

Dylematy freelancera: oczywiście, że chodzi o pieniądze

Teraz jest taki głupi okres: oszczędności uzbierane na wakacje się skończyły, napływają za to oferty pracy. Oferty pracy nie rozwiążą natychmiastowo problemu pustego konta, ale dają nadzieję, że następny głodowy okres się nie pojawi - albo, że przyjamniej pojawi się nieprędko. Do tego jest presja: bo czekają wydatki, bo kasochłonny wyjazd w grudniu, bo na kolejny okres wakacyjny trzeba będzie jakoś w międzyczasie nazbierać. No i jeszcze to głupie uczucie, że jestem w zasadzie dorosłym człowiekiem, a dorosły człowiek powinien kończyć miesiąc z bilansem nieco wyższym niż zero - trzeba zabezpieczać się na przyszłość, kupować mieszkania, samochody, polisy i co tam jeszcze wymyślili. A ja nie lubię ani nie umiem oszczędzać, bo jak już pracuję jak ten wół to powinnam być w stanie bez wyrzutów sumienia pójść na piwo albo do restauracji, niekoniecznie takiej zupełnie najtańszej.

Pod koniec zeszłego roku szkolnego był płacz i zgrzytanie zębami, permamentny niedoczas, brak snu, złe fizyczne samopoczucie - no pełen pakiet. Po wszystkich obietnicach, że w tym roku wezmę na siebie mniej... wzięłam więcej. I kombinuję, i racjonalizuję, i próbuję sama z sobą dojść do ładu:

1. Jestem pazerna. Oferują pracę - oferują pieniądze. Przecież ich nie spuszczę na drzewo? Pieniędzy się nie odmawia.
2. Jak mi już oferują tę pracę, w sumie w ilościach sporych, to chyba też cenią i lubią?
3. Pieniądze dają komfort. I możliwości.
4. Na co mi w zasadzie ten czas wolny? Jak go będę mieć mniej to i spędzę go lepiej.
5. Lubię swoją pracę.
6. Boję się, że znienawidzę swoją pracę.
7. Jak przyjdzie do pisania raportów pod koniec semestru to się nakryję nogami.
8. To nie praca jest problemem, to ja - i moje zanikające umiejętności radzenia sobie ze stresem. Muszę po prostu wziąć się ze siebie, zacząć łykać jakiś magnez czy inny syf - jak się zrelaksuję to już nie będzie tak strasznie.
9. No i organizacja czasu. Oddzielenie pracy od niepracy. Koniec z prokratynacją kiedy jest robota i myśleniem o robocie, kiedy odpoczywam.
10. Z rosnącą ilością spada jakość, a ja nie chcę odwalać fuszerki.
11. Na pewno jeszcze coś, ale teraz już nie pamiętam.

I tak mi gonią te myśli, kombinuję, zastanawiam się, podejmuję decyzje, żeby zaraz potem je zmienić. A potem dzwoni szefowa, ja się uśmiecham głosem przez telefon i mówię że jasne, dam radę - bo jak nie ja to kto? Odkładam słuchawkę i próbuję odtworzyć na co właściwie się zgodziłam. Takie uroki, jak się jest na swoim - masz tyle, na ile sobie zapracujesz, a kiedy oferty są, można się zwyczajnie zajebać. I ja chyba jestem na dobrej drodze do tego. Pożyjemy, zobaczymy. Może stanie się cud i zostanę jakimś bardziej ogarniętym superczłowiekiem, który umie zatrzymywać czas albo chociaż go rozciągać. Coś.

Z jasnych punktów to piątki mam wolne. A w soboty półtorej godziny, z fajną panią, głównie konwersacje. To te cztery dni w tygodniu od rana do nocy chyba dam radę?

Grunt to nie stracić perspektywy. Grunt to nie stracić perspektywy.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Trzy antonówki

Mały samoobsługowy spożywczak, do kasy podchodzi pan i prosi o trzy antonówki. Dziwne obyczaje, myślę sobie - w końcu jabłka leżą tam, z innymi owocami, i można je sobie samemu wybrać, załadować w reklamówkę i tylko zapłacić przy kasie. Jednak pani ekspedientka nawet nie mrugnie, tylko obraca się w stronę regału z alkoholem i zdejmuje z półki trzy butelki Lubelskiej Antonówki. No, niby takie oczywiste, a jakoś o tym nie pomylałam - być może dlatego, że była siódma rano.

O powrocie do rzeczywistości i wielogłowych smokach

Dawno nie miałam takich długich wakacji, z perspektywy lipca wydawało się, że będą trwały wiecznie. A tu przychodzi wrzesień - no i masz. Co prawda moje dzieci zaczynają dopiero za dwa tygodnie albo i miesiąc, a na razie tylko stopniowo wracają dorośli, ale cała ta atmosfera powrotu do szkoły jednak przypomina, że już za moment trzeba się będzie zmierzyć ze smokiem. Smoka na razie pamiętam w wersji z legend - ma trzy głowy, zieje ogniem i co poniedziałek żąda ofiary z młodego nauczyciela. Legenda oczywiście mocno zabarwia rzeczywistość, legendy już tak mają. W rzeczywistości smok jest mały, trochę głupi i niesamowicie ujebliwy, ale w gruncie rzeczy da się lubić, przynajmniej czasami. Jednak po półtora miesiąca względnego nicnierobienia legendy rosną w siłę i dorabiają smokowi kolejne głowy i różne obrzydliwe cechy. Trzeba będzie tam po prostu pójść, stanąć na środku sali przed grupą dzieciaków i wziąć smoka za łeb (jeden) - wtedy powinno przestać być tak strasznie. Najgorszy jet nawet nie pierwszy krok, ale całe to myślenie o smokach, które go poprzedza.

W każdym razie teraz, skoro mam jeszcze resztkę wolnego czasu, z powrotem zasiadam do grania w trzeciego Wiedźmina. Smoka tam jeszcze nie uświadczyłam, ale za to trafiają się wiwerny, utopce, południce i inne tałatajstwo.

piątek, 14 sierpnia 2015

Literatura i podróże

Już po zakończeniu roku szkolnego i związanej z nim przerażającej papierologii, po letnim obozie z dzieciakami (który utwierdził mnie w przekonaniu, że dwa tygodnie bez możliwości bycia naprawdę samej to trochę dużo), po pięknym ślubie panny (obecnie pani) B. i po głównym wyjeździe wakacyjnym. Czyli po wielu rzeczach. W perspektywie jeszcze prawie cały miesiąc ze śladową ilością pracy, więc, mam nadzieję, dużo czasu: na wycieczki do lasu, granie w Wiedźmina i karmienie obsesji. Już prawie zapomniałam jak to jest mieć czas wolny, mam wrażenie, jakbym cofnęła się w czasie do liceum albo do początku studiów.

Ale ja nie o tym. Dwa tygodnie naszych Wakacji Właściwych spędziliśmy w Suchedniowie, czyli na takim trochę zadupiu w Górach Świętokrzyskich. To były zupełnie inne wakacje niż przywykłam w ostatnich latach, bez szalonej gonitwy, nieprzespanych nocy i masy nowopoznanych ludzi. I dobrze, taki był plan. Łaziliśmy po lesie, grillowaliśmy, zapewnialiśmy rozrywkę psom i dokarmialiśmy bezpańskie koty.

Okazuje się, że Suchedniów, chociaż taka jednak wiocha, ma swojego Znanego Człowieka - Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. To taki pan, któremu poświęcili skwer niedaleko naszego bloku i którego kazali mi czytać w liceum. Czytałam trochę albo wcale, nie bardzo pamiętam - możliwe, że to drugie, bo w liceum miałam etap buntu przeciw lekturom szkolnym. Potem bunt mi przeszedł i zaczęłam nawet żałować, że nie znam pewnych książek, po które bez szkolnego przymusu pewnie już nigdy nie będzie mi się chciało sięgnąć. W każdym razie w ramach tego żalu nakupowałam różnych lektur na starociach, w tym też "Inny świat" Herlinga. Nakupowałam i tak sobie czekają, bo nieczytanych książek mam na półkach sporo, a do tego bardzo rozbudowany system decydujący o kolejności, w jakiej należy je czytać (patrz wspomniane już wcześniej w tym wpisie karmienie obsesji). No i teraz, gdybym wiedziała, że "Inny świat" opisuje Suchedniów, to na pewno przeczytałabym go przed wyjazdem albo chociaż wzięła ze sobą. To nie pierwsza taka historia, kiedy literatura przeplata się z podróżami, a ja żałuję, że nie mam przy sobie danej książki. Beletrystyka potrafi być lepszym przewodnikiem niż przewodniki właściwe, zwykle nudne jak flaki z olejem i kompletnie pozbawione duszy. Moskwę należy więc zwiedzać z "Mistrzem i Małgorzatą" w ręku (sprawdzone), a Warszawę ponoć z "Lalką" (na "Lalkę" też się w liceum buntowałam, ale chyba nawet przeczytałam do końca). Tylko, że przed wyjazdem człowiek rzadko o tym pomyśli. Wyszukiwarka książkowo-podróżnicza by się przydała, szczególnie, że w tym roku w planach jeszcze przynajmniej jeszcze jedno malownicze, polskie zadupie, a potem Stany. Czy taka istnieje?

wtorek, 26 maja 2015

Wysokie standardy

W szkole i na studiach uczą, że trzeba byc sumiennym. Żeby wszystko zawsze w terminie, żeby porządnie i bez dróg na skróty. W domu uczą podobnie - przynajmniej mnie uczyli. I tylko nikt nie uczy jak radzić sobie z życiem w praktyce, jak czasem wlaśnie odwalić fuszerkę i nie czuć się z tym tak strasznie źle. Jak nie dać się zjeść nerwom, jak się zwyczajnie nie przejmować i nie mieć wiecznego poczucia winy, że czegoś nie zrobiło się na sto dwadzieścia procent. Albo nie wiem, może i tego uczyli, tylko ja nie uważalam. Bo w szkole nieuważanie i praca na pół gwizdka szły mi jeszcze całkiem nieźle - zawsze wiedziałam czego nie zrobić albo co zrobić byle jak, żeby mimo to bez problemu się prześlizgnąć. To posrane poczucie wiecznego obowiazku przyszło później, sama nie wiem kiedy. Grunt, że nie mam już pojęcia jak sobie z nim poradzić. Kurs jak mieć wszystko w dupie potrzebny na już - obiecuję sumiennie przyłożyć się do nauki.

piątek, 24 kwietnia 2015

Jeszcze jeden dziad i wkurwiona feministka

Pisałam już o księgarnianym Dziadzie, dzisiaj będzie inny dziad - autobusowy. Wychodzi na to, że zarówno tak temat dziadów jak i komunikacji miejskiej powraca - być może nie bez powodu.

Wkurwiłam się. W autobusie trzy wolne miejsca, a tu wsiada dziad, staje nad młodą dziewczyną i rozpoczyna seans chrząkania, mający na celu wypłoszenie dziewczyny z siedzenia. Dziewczyna ma słuchawki na uszach i dziada w dupie, słusznie zresztą - bo przecież te trzy wolne miejsca, i to zaraz obok. Za moment do dziada przyłącza się drugi dziad i oba dziady zaczynają pluć jadem i pałać ogólnie pojętą nienawiścią do całej ludzkości. Bo młodzież niewychowana, bo brak szacunku dla starszych, bo "za naszych czasów", bo sratatata. Nic niezwykłego w sumie, scenka autobusowa jakich wiele.

Ale oto widzę, że pierwszy dziad ma na piersi naklejkę, na naklejce obrazek, na obrazku płód, pod płodem napis "ratuj mnie", a pod napisem drugi napis, coś tam coś tam stop aborcji. I w tym momencie budzi się moja wkurwiona wewnętrzna feministka. Bo raz, że oczywiście, jeśli ktoś ma coś do powiedzenia w kwestii ciała kobiety to są to przecież starzy ludzie, księża i wszyscy inni, którzy takie ciało mogą sobie co najwyżej pooglądać na obrazkach. Bo dwa, że człowiek jest ważny i trzeba mu pomóc - ale tylko wtedy, kiedy ma formę płodu, bo gdy to stadium mija to staje się "niewychowaną młodzieżą bez szacunku", a na tę, jak powszechnie wiadomo, można do woli pluć i mieszać ją z błotem, wszak ma prawa znacznie mniejsze od takiego płodu i w zasadzie to w ogóle nie należy jej rozpatrywać w kategorii człowieka. Trzy, że może jestem niesprawiedliwa, ale wkurwiona wewnętrzna feministka czasem ma prawo: otóż wyobraziłam sobie, że do autobusu wchodzi kobieta w ciąży. I co, dziad powie "niech pani usiądzie, ja postoję"? Czy dziad się przejmie, że w rzeczoną kobietę opakowany jest płód, do ratowania którego dziad ma taki zapał? Bo coś mi się widzi, że dziad raczej na taką kobietę napluje kwasem i zwyzywa ją od niewychowanych, a do tego może jeszcze i od kurew, no bo obrączka to gdzie?

Hiperbolizuję odrobinę, ale co tam, wkurwiona wewnętrzna feministka czasem może.

piątek, 3 kwietnia 2015

Ja kontra dorosłość

Jak ludzie to robią, że pracują w pełnym wymiarze, mają perfekcyjnie wysprzątane mieszkania, trzy własnoręcznie przygotowane posiłki dziennie, ogolone nogi i czas na relaks, a niektórzy do tego jeszcze dzieci? A może ci ludzie, którym się to wszystko udaje są tak jak Yeti albo potwór z Loch Ness - każdy o nich słyszał, niektórzy nawet twierdzą, że widzieli, ale poważnych dowodów na ich istnienie nie ma? Ci, którzy sami mówią, że do nich należą, muszą gdzieś oszukiwać - albo nie mają życia, albo dziesięć razy w tygodniu przychodzi do nich pani sprzątaczka, podnieść każdy paproszek i umyć każdą szklankę. Albo zwyczajnie udają, a sprzątają raz na pół roku, jak akurat się do nich przychodzi? Bo moja rzeczywistość wygląda tak, że jak wracam o tej 21 z pracy to jestem żywym trupem i stać mnie tylko na wypicie piwa i obejrzenie odcinka jakiegoś głupiego serialu (a często nawet nie kończę jednego ani drugiego, bo w połowie zasypiam). Na biurku mam armię brudnych szklanek (w niektórych rozwijają sie już nowe formy życia), na podłodze grubą warstwę psiej sierści, w łóżku wiecznie rozwaloną pościel, a do kuchni nawet nie wchodzę bo się boję (inna sprawa, że wchodzić tam nie bardzo mam po co, gotować nie umiem).

Ja wiem, teraz jest w internecie moda na chujowe panie domu - i ja (niegotująca, nienawidząca sprzątać, nieumiejąca utrzymać przy życiu głupiego kwiatka) doskonale się w tę modę wpisuję. Jednak jak tak patrzę na moje koleżanki, które same mianują się "chujowymi paniami domu" to to przecież są osoby, które jednak potrafią coś tam zrobić koło siebie, mają mieszkania w jako-takim stanie, czasami nawet obiad ugotują. Hipokryzja z ich strony (coś w stylu klasowego kujona, który przed każdym sprawdzianem oznajmia, że się nie uczył i nie zda, a potem ma same szóstki), kompleksy, czy to po prostu ja jestem taka bardziej chujowa niż ustawa przewiduje?

Jak kiedyś będę stara i bogata to zatrudnę sprzątaczkę - a potem się na pewno będę wkurwiać, bo posprzątała i nie wiem co gdzie leży, teraz trzeba zrobić bałagan żeby cokolwiek znaleźć. Prawdziwa antyczna tragedia.

czwartek, 5 marca 2015

Dwieście procent psa

A w ogóle to mamy dwa psy. Wspominałam już? W styczniu do Psa dołączyła Suka.

Jakoś na początku grudnia znalazłam zdjęcie Suki na fejsbuku - że znajda, że szuka domu w trybie natychmiastowym, że grozi jej schronisko. Takich postów codziennie widzę przynajmniej kilka, bo od czasu, kiedy szukaliśmy psa do adopcji, obserwuję różne fundacje i schroniska. Normalnie nie zwracam na nie zbyt dużej uwagi, bo raz, że zazwyczaj jest już pod nimi miliard komentarzy, z czego sto obiecujących dom (co z tych obietnic wynika to insza inszość), a dwa, że gdybym miała się przejmować losem każdego porzuconego psa to już dawno bym oszalała, a przecież i bez tego niewiele mi brakuje. W tym wypadku było trochę inaczej, bo autorką posta była znajoma, a samą Sukę znaleźli jacyś znajomi znajomych znajomych. No i ona (Suka, nie znajoma) jakoś tak z tych zdjęć patrzyła, i nie wiem za bardzo czemu, ale nie pozwalała mi o sobie zapomnieć. Pokazałam ją K. i pół żartem stwierdziłam, że może drugi pies. K. mniej niż pół żartem zakomunikował, że chyba mnie do reszty posrało. Dorzucił do tego argument ciężkiego kalibru: no przecież jedziemy na Sylwestra do Pragi - i z jednym Psem już jest problem, żeby ktoś się nim na ten czas zaopiekował, a z dwoma, i to jeszcze takimi, które dopiero co się ze sobą zapoznały? No nienormalna jestem. Przyznałam rację, a K. nieśmiało dodał, żebym zapytała, czy ci "znajomi znajomych znajomych" u których Suka tymczasowo przebywała mogą ją przetrzymać do stycznia. No to zapytałam - i oboje trochę mieliśmy nadzieję, że odpowiedź będzie przecząca, bo Suka pewnie fajna i dobrze by było pomóc, ale co na to Pies i nasze portfele? Los złośliwy, odpowiedź twierdząca - i wymówki się skończyły, decyzja się podjęła, a ja stwierdziłam, że jakby co to po prostu będę się liczyć z ewentualną eksmisją, tragicznym zakończeniem związku, końcem świata spowodowanym wzięciem psa i wszystkimi innymi kataklizmami.

Suka przyjechała dokładnie dwa miesiące i dzień temu. Wszyscy byliśmy zestresowani - Pies, bo nagle się okazało, że musi dzielić swoich osobistych ludzi z jakąś obcą przybłędą. My, bo w sumie diabli wiedzą co z tego wszystkiego wyniknie. Suka, bo była psem do tej pory wiejsko-leśnym i pewnie nigdy nawet nie widziała budynku od środka, a tu schody, winda, drzwi jedne i drugie, śliska posadzka i w ogóle jakaś magia dla psów niepojęta.

Pies się wkurwił, nie powiem. Było dużo darcia paszczy (po stronie naszej i Psa), warków, wyeksponowanych zębów i wszelkich innych złośliwości. Nawet w pewnym momencie stwierdził, że już nas nie potrzebuje, najwyżej po to tylko, żeby go zabrać na spacer i nakarmić - i przeprowadził się do szafy, drzwi której z finezją słonia jakimś cudem wyrwał z zawiasów. Suka do tematu podeszła stoicko, bo po pierwszym, stresującym wieczorze w nowym domu bardzo szybko odkryła kanapę, łóżko, kocyki i podusie i chyba stwierdziła, że w bloku też może być całkiem zajebiście (szczególnie jak się ma taki fajny park zaraz za oknem). Psa, który zachowywał się wobec niej troszeczkę jak ostatni chuj, też w związku z powyższym stwierdziła, że zniesie - nawet będzie dla niego miła i uda, że nie widzi tych wszystkich zaczepek i pretekstów do awantury.

Po dwóch miesiącach odetchnęliśmy z ulgą. Znaczy się w sumie to nawet wcześniej, ale sytuacja ciągle się rozwija i chyba mogę powiedzieć, że z tygodnia na tydzień jest coraz lepiej. Suka kocha wszystkich, a więc i Psa, a Pies łaskawie czasem nawet pozwoli się polizać po paszczy albo położyć obok siebie. Jedyny stres związany ze zwiększeniem ilości psa w mieszkaniu jest teraz taki, że przy którejś wizycie u mamy się wygadam - zamiast "pies" powiem "psy" i trzeba będzie się gęsto tłumaczyć. Nie żeby jej było coś do tego, ale ja już uszami wyobraźni (?) słyszę przemowy o tym, że ja to pojebana jednak jestem chyba (nie w takich słowach, mama nie przeklina). Przemowy z którymi się zgadzam w zasadzie, więc nawet nie ma jak tu dyskutować.

W każdym razie teraz mogę opowiadać, że "idę na spacer z psami", albo  że "muszę nakarmić psy." Niby nic, ale jest w tym jakiś snobizm - bo psa to ma co drugi, ale psa w liczbie mnogiejto już niekoniecznie. Zawsze mi przychodzi na myśl taka tłumaczka, która robiła zlecenia dla mojego byłego biura - jak się do niej dzwoniło wieczorem to nie mogła obejrzeć tekstu, bo była "z psami." To ja też już jestem. Rano, wieczorem i po południu, w przerwie między zajęciami.

sobota, 14 lutego 2015

Blokzilla

Od pół roku wynajmuję mieszkanie  przy Smolnej 8 w Warszawie. Mój blok wygląda mniej-więcej tak:
Prawdopodobnie każdy, komu czasem zdarza się przejeżdżać Mostem Poniatowskiego go kojarzy.

Ja też kojarzyłam go na długo zanim tu zamieszkałam. Pamiętam, jak szliśmy oglądać potencjalne przyszłe mieszkanie, z nosem w kartce, na której był zapisany adres. Idziemy sobie Smolną: tu jest Smolna 3, tu jest 4, tu jest 6 i... ach, to TEN blok. Bo to jest "ten" blok. Ten blok z czymś dziwnym na górze, który zwraca uwagę swoją w pewnym sensie urokliwą brzydotą. Ten blok, na którym jeszcze do niedawna świeciło się wielkie logo T-Mobile, szczęśliwie już zdjęte (moją propozycję dekoracji zastępczej można obejrzeć powyżej).

Jednak mimo, że od zawsze wiedziałam, że to "ten" blok, nie zdawałam sobie sprawy, w jak kultowym w pewnym sensie miejscu mam szczęście mieszkać. Jakiś czas temu opublikowałam powyższe zdjęcie na Facebooku i zalała mnie tona komentarzy i wiadomości. "Naprawdę TAM mieszkasz?" "A co jest na górze?" i tak dalej, i tak dalej.

Wstyd się przyznać, ale o swoim "kultowym" bloku wiedziałam zaskakująco mało. Dalej nie wiem wiele, jednak moja wiedza stopniowo się rozszerza. Wystukując w Googlach "Smolna 8 Warszawa" natrafia się na różnych stronach na mniej-więcej te same kilka linijek informacji:

19-piętrowy wieżowiec stojący na miejscu przedwojennego Instytutu Oftalmicznego, zaprojektowany w 1964 roku przez Jana Bogusławskiego i Bohdana Gniewiewskiego. Budowę wieżowca zakończono w 1976 roku. Był to jeden z pierwszych wysokościowców w Warszawie. Początkowo miał być apartamentowcem dla cudzoziemców. Mieszkania były sprzedawane za dewizy. Najwyższe 2 piętra przeznaczono na kawiarnię „Akropol” (później „TopFloor”, obecnie zamknięta).

(ten akurat tekst przekopiowany z Wikipedii)

To i tak więcej niż wydobyłam od ochroniarza, który zapytany o to, co znajduje/znajdowało się na najwyższym piętrze odpowiedział zdecydowanym "nic" i takim jakby chrumknięciem, które zinterpretowałam jako zdecydowany sprzeciw aby kontynuować pogawędkę. Znacznie bardziej rozmowna była starsza pani, którą spotkałam ostatnio w parku podczas spaceru z psami - wyjawiła mi, że w Blokzilli mieszka od samego początku, że pamięta wspominany w Wikipedii "Akropol" i jego następców, w tym szkołę języków obcych, redakcję Machiny i, również uwzględniony przez Wikipedię, klub "Top Floor." Z tym klubem to ponoć były ciekawe historie - facet wynajął górne piętra, informując mieszkańców, że otworzy tam galerię sztuki. Otworzył klub, co z oczywistych powodów mieszkańcom niezbyt się spodobało. Walczyli dość długo (a w międzyczasie klub był ponoć nawet świadkiem mafijnych porachunków, kiedy to z górnego piętra z pomocą jednego pana wyfrunął inny pan - albo takie przynajmniej krążą legendy), w końcu wygrali z pomocą straży pożarnej, bo lokal nie spełniał wymogów BHP. Teraz góra stoi pusta, podobno mają ją podzielić i urządzić w niej mieszkania - zresztą już w dużej części wyprzedane. Niektórzy się martwią, bo podobno ktoś znowu kupił tam jakąś podejrzanie dużą przestrzeń - i a nuż znowu coś otworzy? Na razie czekamy na dalszy rozwój wydarzeń.

Poza dwoma górnymi piętrami na parterze bloku też jest przestrzeń użytkowa - obecnie również pusta (kiedy o to spytałam, babcia spojrzała na mnie porozumiewawczo - "a chce pani biznes otworzyć? Do wynajęcia."), ale kiedyś zajmowana przez kawiarnię.

Lubię Blokzillę. Nie trzeba nikomu wyjaśniać jak tu trafić, bo widać ją już z daleka. Zdecydowanie wyróżnia się wśród okolicznych budynków, które są starsze, niższe i - nie ma co ukrywać - ładniejsze. Ale ja lubię też brzydotę, taką z przegięciem pały, bo jak już coś jest naprawdę brzydkie, to z tej brzydoty aż wydaje się ładne na swój własny sposób. Zresztą nawet gdyby się nie wydawało, to przecież z własnego okna Blokzilli nie zobaczę, prawda? A lokalizację ma fantastyczną, z ruchliwymi Alejami Jerozolimskimi po jednej stronie i owładniętym przez psy parkiem po drugiej. Mogę tylko żałować że nie mieszkamy wyżej - takie osiemnaste piętro to by było coś.

P.S. Do napisania tej notki zmotywował mnie fakt, że wspomniane wcześniej hasło "Smolna 8 Warszawa" daje tak mało ciekawych rezultatów. No i trochę koleżanka A., która stwierdziła, że powinnam się na blogu pochwalić mieszkaniem w "kultowym bloku."

P.P.S. Nazwa "Blokzilla" jest efektem twórczości własnej, ale blok przy Smolnej 8 ma też inne przydomki, podobno bardziej rozpowszechnione: "Młotek" i "Dom z opadłą szczęką."

P.P.P.S. Podałam Internetu mój prawie dokładny adres. Co mi teraz zrobisz, Internecie?

czwartek, 29 stycznia 2015

Krzyżówka Szatana

Jadę autobusem i gram w Words with Friends. Obok siedzi Stara Baba i wpatruje mi się w ekran telefonu.
- A co ty tam robisz? - postanawia w końcu zagaić.
Bruderszafta z Babą nie piłam, ale w końcu stara jest, to może i może.
- To taka gra jak Scrabble, z tym, że przez Internet - odpowiadam.
- Ja nie wiem co to Scrabble.
Z tonu głosu wnioskuję, że nie wie z mojej winy.
- Gra planszowa, z wylosowanych liter układa się krzyżówkę - wyjaśniam.
- A ja tyle lat żyję i jakoś krzyżówki nigdy mnie nie wodziły na pokuszenie - konkluduje naszą rozmowę Baba.

Krzyżówki narzędziem Szatana.